Na placu Parkowym stał Bodzio z matką. Popatrzył na nas psim wzrokiem, kiedy
ambalując na pół sprzęgła i grając gazem skręcaliśmy w ulicę Piłsudskiego. Był
kompletnie miękki z wrażenia. Zresztą nawet ludzie bardzo muzykalni muszą
przyznać, że żadna muzyka nie jest tak ładna jak gang jednocylindrowego
czterosuwu pracującego na wolnych obrotach. Jest to naprawdę coś, czego warto
posłuchać. R 51 jest wspaniałym motocyklem, ale bokser nie ma takiego gangu. To
jest motor do jeżdżenia. Do słuchania Horex jest najlepszy. NSU też nic nie
brakuje.
W połowie Piłsudskiego Burek zredukował obroty i coś do mnie zaczął krzyczeć.
Zaraz przymknąłem gaz.
–
Co mówisz? – spytałem.
–
Bodzio jest nasz! – zawołał Burek.Zredukowałem na dwójkę, odkręciłem do końca i
Horex poszedł ostro szpulą do przodu.
Za mną rycząc silnikiem toczył się Burek z wózkiem. To spotkanie przesądziło
sprawę kuracji. Wieczorem Bodzio zjawił się u nas. Miał pięćset złotych i rower.
– Możemy zaczynać – powiedzieliśmy.
Następnie zeszliśmy na dół, żeby obejrzeć rower. Był to rower Kamińskiego, w
dobrym stanie, lakierowany na brązowo. Balony drutówki, drewniane obręcze,
wyścigowa kierowni-ca, ale do tego torpedo, klockowe pedały i sprężynowe
siodełko. Przy suporcie mały luz lewej korby.
Nawet na pewno będą droższe. Nie wiem, czy się zdecydujesz.Bodzio zdecydował się
natychmiast.
–
W razie czego mam rower. Najważniejsze, żebyście dostali wszystko, co trzeba. To
dłu-ga kuracja?
– Osiem tygodni – rzekł Burek.
–
W najlepszym razie osiem – powiedziałem. – Jak możesz, to trochę pokręć się za
pie-niędzmi. Ustaliliśmy, że Bodzio przyjdzie do nas jutro wieczorem na Promy, a
my się przepytamy o lekarstwa. Na kredyt nikt nam przecież nie da. Za duża suma.
Jeszcze jakiś czas siedzieliśmy w parku, a Bodzio od czasu do czasu mówił: „Ta
cholerna
kurwa!” Za którymś razem powiedział:
–
Głupia, parszywa dziwka! Ale zrypałem ją wtedy sześć razy!Burek przysunął się na
ławeczce do Bodzia.
–
W te i z powrotem liczysz za raz? – spytał.Bodzio prychnął z oburzenia. Wstał i
poszedł sobie.
–
Ten żarcik może nas kosztować dużo pieniędzy – powiedziałem.Nazajutrz rano
odprowadzaliśmy motocykle po reperacji do HKP.Jechałem na nowiutkim, czarno
lakierowanym Horexie 600, za mną Burek na półlitrowym
NSU z koszem. Przed nami jeszcze z dziesięć motorów, a na samym przedzie
Fünfstück na DKW SB 500 z elektrycznym rozrusznikiem. Miał na nim jechać Burek,
ale najadł się wstydu, bo kiedy odpuścił sprzęgło na jedynce, motor pojechał do
tyłu. Odbił przy zapalaniu i cała aparatura kręciła się w odwrotną stronę.
Śmieliśmy się z tego, aż przyszedł Fünfstück i poje-chał na Dekawce, a Burkowi
zostało dosyć szmelcowe NSU.
Zastrzyki tak – powtórzył. – Ale płukanie to chyba dla panienek. Żeby przepłukać
faceta, trzeba do tego specjalnej aparatury, jeżeli coś takiego w ogóle
istnieje.
–
Pewnie istnieje – powiedziała pani Rysia. – Medycyna robi postępy. Mają sposoby
na wszystko.
–
Zapewne – zgodził się Burek. – Ale nas interesują zabiegi podstawowe.
–
Po co wam to? – spytała pani Rysia.Wymieniliśmy z Burkiem spojrzenia. Nie było
powodów, żeby nie znała prawdy.
–
Będziemy leczyć jednego typunia – wyjaśniłem.
–
Nazywa się Bodzio – rzekł Burek.
Jeszcze pachniało rybkami, ale rybek już nie było i patelnia była wyszorowana
chlebem do czysta. Zrobiło się ciemno, na niebie za oknem błyszczały gwiazdy.
Dostaliśmy tego dnia po sto Junaków na przydział w warsztatach i Burek postawił
pudełko na stole.
– Białe – powiedziała z uznaniem pani Rysia. – Samotlące.
Zapaliliśmy. Było spokojnie i cicho. Chwilę siedzieliśmy milcząc, nagle pani
Rysia zapy-tała:
– Bureczku, czy wy potraficie wyleczyć tego Bodzia? Wzruszyliśmy ramionami. Nie
chciało się nam rozmawiać. Mieliśmy sporo do przemyślenia.
Bodzio był głupim pacanem. Poznaliśmy go w parku miejskim, kiedy firma Swoboda
wy-posażyła nas w granatowe ubrania robocze i mogliśmy pokazywać się publicznie.
Siadaliśmy czasami na ławeczce i patrzyliśmy, co się ogólnie dzieje. W mieście
było sporo dziewcząt i chłopców w naszym wieku. Uczyli się w jakichś szkołach
albo chodzili na komplety. To bu-dziło w nas mieszane uczucia, ale dalekie od
podniecenia. Mogliśmy żyć tylko tak jak żyli-śmy i nie było nad czym się
zastanawiać.
Patrzyliśmy na jej nogi, a ona uśmiechnęła się do nas i zrobiła ramionami gest,
który mógł oznaczać: Doprawdy, cóż za pożałowania godny incydent?, ale mógł
równie dobrze nie ozna-czać niczego albo oznaczać coś, czego nie umieliśmy się
domyślić.
Przeszła obok nas zaczepiając chustką o krzaki i patrzyliśmy za nią, aż się
gałązki prze-stały poruszać.
Potem zarzuciliśmy wędki i poszliśmy się wykąpać, ponieważ prąd w rzece był
silny i wo-da była znowu czysta.
Wracając do domu Burek powiedział:
–
Chciałbym mieć wszystkie pieniądze świata!
–
Daj nam Boże – powiedziałem, rozszerzając jakby tę wypowiedź.Burek zrozumiał, bo
skinął głową.
Rozdział II
W lecie pani Rysia przyrządzała kolację w swoim pokoju. U nas było i tak
dostatecznie go-rąco, bo deski nagrzewały się od słońca, a po zapaleniu piecyka
robiło się zupełnie niezno-śnie. Ale jadaliśmy u nas i w czasie kiedy jedliśmy i
potem paliliśmy i rozmawiali, pokój pani Rysi stygł i przestawał przypominać
piekarnik.
Zza ściany pachniało smażonymi rybkami. Siedzieliśmy z Burkiem pozornie
zamyśleni, ale kipiała w nas żądza czynu. Weszła pani Rysia. W jednej ręce
trzymała patelnię, w drugiej gotujący się czajnik.
– Wiesz, jak się leczy trypra? – spytał Burek.Pani Rysia stała jeszcze w
drzwiach.
Teraz możemy się upić – powiedziała. – Jesteśmy pierwsi po Bogu.
–
Kapitan jest pierwszy po Bogu – sprostowałem.
–
Nie. Kapitan jest pierwszy po nas. Ma jakiś rozkład jazdy czy jak to się nazywa
na stat-ku?
–
Może rozkład pływania?
–
No więc ma to coś i ma szefów. A my możemy robić, co chcemy! Mamy nad sobą Pana
Boga i zaraz potem jesteśmy my. Podniosła do ust szklankę bimbru, ale wypiła
tylko trochę.
–
Chyba to wyleję? – powiedziała. – Jak myślisz? Ale grochówka była dobra.
–
Chcesz jeszcze?
–
Tak – ucieszyła się. – Oczywiście, że chcę.Uchyliłem drzwi do bufeciku i
poprosiłem jeszcze o dwie grochówki.
–
Widzę, że smakowały – powiedziała pani Borkowska. – Mówiłam, że dobra.Przyniosła
dwa nowe talerze i zabrała poprzednie. Zabrała też szklanki.
–
Może jeszcze po jednym? – zapytał.
–
Nie, dziękuję pani – powiedziałem.Znikła na chwilę i wróciła z powrotem.
–
Nie będziemy łowili ryb w takiej wodzie – wyjaśnił. Skinąłem aprobująco głową.
Wydając okrzyki Bolczo przeszedł jeszcze kilka metrów i nagle znikł. Wrzask
urwał się w pół słowa, potem znowu przez krótką chwilę było go słychać.
– Ratunku! – krzyczał Bolczo. – Ratunku, Boże! Musiało być pięć po jedenastej i
tuż nad nami załomotał po moście pośpieszny do Warszawy. Położyłem Burkowi rękę
na kolanie, żeby nie próbował zrobić głupstwa. Zresztą było za daleko. Burek też
odgrodził mnie ręką od rzeki.
Pociąg zjechał z mostu i było znowu cicho nad rzeką.
–
Boże, jakie to strasznie proste – powiedział Burek.Teraz usłyszeliśmy krzyk
dziewczyny.
–
Ratunku! – wołała Hania.
–
Woła jak z łaski – rzekł Burek.Istotnie Hania krzyknęła raz i drugi i dała
spokój.
–
Nic się nie przywiązała do nieboszczyka – zauważyłem.
– Nic – zgodził się Burek. – Ale wypada zauważyć, że nieboszczyk był wyjątkowym
skurwysynem.
Siedzieliśmy patrząc na wodę i wystawiając twarze do słońca. Po zimie jeszcze
ciągle cie-pło sprawiało nam radość. Odwróciliśmy głowy, kiedy za nami
zaszeleściły krzaki na ścieżce.
Hania wracała znad rzeki. Szła wolno i jakoś bardzo płynnie, w opuszczonej ręce
trzymała niebieską jedwabną chustkę i wyglądała tak, jakby nie znała parszywego
świata, w którym żyliśmy z Burkiem i jakby się nie mogła domyślać, że coś
takiego istnieje.
Post coitum… – powiedział Burek, który pamiętał tyle z łaciny, ile mogło się
przydać w życiu towarzyskim. Bodzio nie zrozumiał.
–
Złapałem trypra na tej cholernej kurwie – powiedział. – Zupełnie nie wiem, co
robić. Po-radziliśmy, żeby poszedł do lekarza. Wzdrygnął się.
– Nie, to w żadnym wypadku.
Lekarza Bodzio wstydził się. Obawiał się ponadto, że przez lekarza wiadomość
może do-trzeć do rodziców. Przecież ta Basia też musi się w końcu leczyć. Jakby
to wyglądało?!
–
Jej sprawa – powiedziałem. – Ale ty powinieneś coś zrobić.
–
Tylko co? – spytał Bodzio. Podparł twarz rękami i tak siedział.Wówczas Burek
powiedział:
–
Moglibyśmy cię wyleczyć, jeżeli chcesz. Ale nie mamy tych lekarstw, co
trzeba.Bodzio odżył.
–
Wiecie, co trzeba robić? Poważnie?!Wzruszyliśmy ramionami.
–
Mam pięćset złotych – powiedział Bodzio. – To są drogie lekarstwa?Tego nie
wiedzieliśmy dokładnie.
–
Możemy się jutro dowiedzieć – powiedziałem.
–
Z tym, że lekarstwa bez recepty mogą być droższe – uzupełnił Burek.Zgodziłem się
z tą opinią.
Bodzio był grzecznym, spasionym chłopczykiem. Miotały nim namiętności. Chodzili
do szkoły handlowej. Popołudnia spędzał w parku. Jeżeli widział dobrą
dziewczynę, zwijał się na ławce w kabłąk, i jeżeli musiał potem wstać, wstawał
trzymając rękę w kieszeni. Inaczej wy-glądał nieprzyzwoicie. Obserwując
przechodzące dziewczęta mówił różne plugastwa. Był rok starszy od nas i
zamierzał nam imponować. Sądziliśmy, że się onanizuje na śmierć i życie, jak
mówiono w Chyrowie, gdzie Burek pobierał nauki przez rok, ale okazało się, że
nie docenia-liśmy Bodzia. Któregoś dnia przyszedł napuszony bez umiaru.
–
Wspaniale sobie popierdoliłem – oświadczył.Nie zrobiło to na nas specjalnego
wrażenia. Wypadało jednak okazać zainteresowanie.
–
Basię? – spytałem.Bodzio drgnął.
–
Skąd wiesz?! Kto ci mówił?!
–
Nikt – odparłem. – Tak mi przyszło do głowy.
Basia była służącą w domu Bodzia, wielokrotnie wyrażał się z trzeźwym uznaniem o
jej budowie.
–
Rodzice poszli na całą noc na brydża do znajomych – powiedział Bodzio. – Jakby
się dowiedzieli o Basi, to nie wiem, co by było. Jezu! Bodzio bardzo cenił swój
sukces. Dla nas sprawa była niejasna, bo nie wiedzieliśmy, jak ta
Basia wygląda. Na panienki w parku Bodzio patrzył śmiało i puszył się. Po paru
tygodniach pękł jak balon. Siedział na ławce, wyglądał na tłustą szmatę, usta mu
drgały. Był bliski płaczu.
Boże święty! – zawołała. Podeszła do stołu, postawiła patelnię i czajnik, potem
podniosła ręce ku ustom. – Jeszcze nam tego brakowało!
–
Nie jesteśmy chorzy – powiedział uspokajająco Burek. – Czujemy się bardzo dobrze
we-nerycznie.
–
Myślałam, że jesteśmy chorzy – powiedziała pani Rysia. – Kto jest chory?
–
Obojętne – rzekł Burek. – Wiesz, jak się leczy trypra?
Pani Rysia wyjęła z szuflady chleb, kostki syntetycznej herbaty, wyglądające jak
kostki Maggi i pudełeczko od zapałek z sacharyną.
–
Nie wiem, jak się leczy trypra – powiedziała i zaczęła nakładać rybki na
talerze, pobrzę-kując widelcem o patelnię. – Patrzcie, jak się ładnie
przyrumieniły.
– Wyglądają wspaniale – powiedziałem.
–
Po wojnie nakupimy rybek i usmażymy taką patelnię – pani Rysia pokazała jaką.
Potem wróciła do tematu. – Pewnie się robi jakieś zastrzyki. Może jakieś
płukania? Mogę się popy-tać w pracy.
–
Nie trzeba – powiedziałem. – Nie chodzi o szczegóły. Chodzi o ogólną linię
postępowania.
– Zastrzyki to brzmi przekonywająco – powiedział Burek. – Dajcie mi jeszcze
kawałek
chleba. Pani Rysia ukroiła. Burek zaczął wycierać chlebem przyrumieniony olej z
talerza.
Zupełnie bez sensu – rzekł Burek – trzeba by założyć treszczotkę, zmienić
siodełko, dać bramptonowskie pedały i klipsy.
–
Możecie robić z tym rowerem, co chcecie – zgodził się Bodzio. – Nie wiem, ile
jest wart, ale chyba powinno wystarczyć.
–
Powinno wystarczyć – powiedziałem. – Musisz go szybko sprzedać.
–
Ja? – zdziwił się. – Myślałem, że wy to załatwicie.Może ktoś z waszych znajomych
chce kupić rower?
–
Nie wiem – powiedział Burek. – Nie sądzę, żeby ktoś z naszych znajomych mógł się
za-interesować rowerem z wolnobieżną piastą hamulcową Torpedo. – Wymówił tę
„wolnobieżną piastę” z takim obrzydzeniem, że Bodzio jakby zmalał.
–
Chyba nie – podtrzymałem opinię Burka. – Raczej powinieneś porozmawiać z
kolegami.
–
Myślałem, że wy sprzedacie rower – powiedział Bodzio.
–
Nie – rzekł Burek. – To ty masz trypra i ty potrzebujesz pieniędzy. Nie możemy
handlo
wać cudzym rowerem. Co powie twoja matka w razie czego? Pani Rysia zaczęła
zmywać talerze. Na stole syczała karbidówka.